| Droga Krzyżowa - ROZWAŻANIE 2 |
|
| Wpisany przez TOMASZ32-VAD |
| niedziela, 24 lutego 2013 11:33 |
|
Wszystkie fotki z poszczególnych stacji Drogi Krzyżowej pochodzą z pięknego Sanktuarium we Swarzewie. Adres strony widoczny jest także po najechaniu kursorem myszki na każdą z fotek stacji. Jeśli nie macie możliwości odwiedzenia tego pięknego sanktuarium to zapraszam do owiedzenia strony i obejrzenia wspaniałej galerii zdjęć. Fotka umieszczona obok wstępu redakcyjnego przedstawia jedną ze scen z Ogrodu Różańcowego w Parafii pw. Świętej Rodziny w Lublinie, do którego również zapraszam. Adres strony parafii także jest podany - tak jak w przypadku fotek z sanktuarium. Na stronie parafii jest dostępne wirtualne zwiedzanie Ogrodu. Kto nie może obejrzeć Ogrodu realnie może odiwedzić stronę parafii.
ZAPRASZAMY DO CZYTANIA I ROZWAŻANIA.
Żydzi unikają skazania Jezusa. Im nie było wolno nikogo zabić, nikogo skazać na śmierć. Posługują się więc poganinem, którego zastraszają, aby skazał Jezusa. Kolejne znamię zniewolenia tych, który Jezus umiłował, dla których przyszedł, nad którymi płakał. Wydają Jezusa na śmierć, ponieważ sami są w niewoli umysłu i serca i ducha. Nie poznali prawdy o sobie samych; nie poznali, iż nie ma w nich życia Bożego; nie poszli drogą Jezusa, prowadzącą do życia, lecz wybrali drogę ku śmierci. Nie rozpoznali czasu nawiedzenia przez Boga. Patrzyli na Jezusa, a nie zobaczyli Syna Bożego. Ich serca nie zadrżały, kiedy pojawiły się w nich zbrodnicze odczucia, pragnienie zniszczenia.
Piłat rozmawiał z Jezusem, lecz Jemu ta rozmowa w niczym nie pomogła. Bał się o siebie, o swoją pozycję. Chciał być kimś ważnym, dlatego uznał, że nie może podpaść Żydom, którzy byliby w stanie zaszkodzić mu u Cezara. Żydzi chcą się pozbyć problemu, jakim stał się dla nich Jezus; Piłat nie chce wchodzić w spory religijne zaistniałe w jego Prowincji. Obojętność zawsze łączy się z wyrokiem, skazaniem tego, którego nie objęła żadna ludzka wrażliwość.
Otwarcie nieba dla grzeszników, wymaga krzyża. Jest on bramą prowadzącą do utraconego raju. Kochając, dajemy osobie kochanej to, co jest w naszych możliwościach najlepsze, najcenniejsze, ubogacające. Człowiek usiłuje zamknąć Bogu usta drzewem krzyża. Chce, aby On przestał mówić, czynić cuda, aby odszedł z tej Ziemi, żeby nie trzeba było na Niego patrzeć, żeby umarł. Nie wiemy, co czynimy. Nie wiemy, że dając Jezusowi krzyż, sami Go wybieramy. To, czym się z drugim człowiekiem czy z Bogiem dzielimy, powraca do nas czyniąc nas szczęśliwymi, spełnionymi, lub rozdartymi, pogłębiającymi się w otchłani samotności.
Jezus nie czeka na to, aby człowiek dał Mu to, co dobre, szlachetne i czyste. Przez każdy dar wchodzimy w relację z dającym. Cokolwiek do Boga mówimy, jakikolwiek gest w Jego stronę czynimy, to nas zbliża do Niego również wtedy, kiedy sobie tych zależności nie uświadamiamy. Stąd przyjęcie krzyża przez Jezusa od człowieka sprawia, że krzyż staje się miejscem spotkania, miejscem odnajdywania się człowieka w Chrystusie dzielącym z nim Jego zanurzenie w grzeszności.
Upadek zawsze boli, nie tylko ciało, ale przede wszystkim serce. Jezus odczuwa na sobie ból ludzkiego grzechu, namiętności, lekceważenia. Nawet On nie był w stanie unieść tego wszystkiego, co przygotował człowiek. Równocześnie w tym dramacie Jezusa przenika samotność, nieobecność ludzi, z którymi dzielił życie przez trzydzieści trzy lata. Maryja szła w oddali. Uczniowie byli rozproszeni. Ci, których nakarmił tysiące, zniknęli w tłumie, a wielu z nich nie przyszło. Był potrzebny, kiedy dawał, wówczas otaczali Go, chętnie chwaląc i wysławiając.
W upadku jesteśmy osamotnieni przez ludzi. Jedyną Osobą, która jest blisko, jest Jezus. Daje On wsparcie, aby człowiek się nie załamał i żeby chciał kolejny raz powstać. W upadku są dwie drogi. Jedną trzeba wybrać. Pierwsza, to pozostanie na poziomie duchowej i moralnej nędzy, oddalenia od Jezusa, nie wzywania Jego pomocy. Druga zaś, to pokorne przyznanie się do grzechu i pragnienie powstania.
W moim upadku doświadczam bliskości Jezusa. Przeszedł tą drogą, aby pokazać wyjście, podtrzymać na duchu, wlać w serce nadzieję. Życie to upadki i powstania, to grzech i obficie rozlana łaska, to porażki i zwycięstwa w Bogu. Patrząc na umęczonego Pana przypominam sobie, jak bardzo grzech potrafi dokuczyć i zniechęcić do życia. W tej frustracji i poczuciu beznadziejności, patrzenie na powstającego Jezusa, jest jedyną siłą dla mojego powstania.
Maryja cierpiała słysząc wyrok skazujący na śmierć Jej Syna. Jak napisała bł. Katarzyna Emmerich, Maryja podczas drogi krzyżowej Jezus była blada, oczy miała zaczerwienione od płaczu i drżała na całym ciele. Widziała narzędzia męczeńskie, które zostaną użyte do zadawania bólu Jezusowi. Kiedy dowiedziano się, że jest Matka Jezusa, „posypały się szyderstwa i obelgi, wytykano Ją palcami, a jeden z niegodziwców z okrutnym uśmiechem pokazał Jej gwoździe przeznaczone do ukrzyżowania”.
Wzrok Maryi spotkał się ze wzrokiem Jezusa. Czułość, miłość, całkowite oddanie się Synowi, tak bardzo potrzebne na czas tej męki, to było to, co Maryja mogła dać swojemu Dziecku. Tajemnica otwartych oczu i serc wypełnionych bólem, ale przede wszystkim miłością. Ból nie zwyciężył miłości i tej świadomości, po co to wszystko. Nie można oddzielić kochania od cierpienia i otwierania nieba grzesznikom, którzy nie wiedzą, co czynią, od cierpienia. Tajemnica okrywa chwilę wyjątkowego spotkania na drodze krzyżowej Syna i Matki. Wszystko można znieść, kiedy odczuwa się wsparcie ze strony osoby kochanej, kiedy dostrzega się jej bliskość, nie tylko fizyczną, lecz tę, która jest źródłem mocy, bliskość serca.
Spojrzenie w oczy Matki Jezus okupił potknięciem się i upadkiem. Okrzyk przeszywającego bólu gwałtownie wyciszył idących drogą krzyżową. Bolesne wołanie wypełniające serce, gwałtowność uczuć Matki pragnącej ochronić kolana, nogi, głowę, całe ciało Syna. Nie zwracała uwagi na katów, ani żołnierzy. Widziała tylko Syna niepodobnego do Jej dziecka, okrutnie skatowanego. Użyła niezwykłej siły, aby przedostać się przez tłum gapiów oddzielający ją od Jezusa. Objęła Jego stopy i płakała. Niektórzy żołnierze nie ukrywali wzruszenia. Pomocnicy żołnierzy wykrzykując swoje szyderstwa, wykrzykiwali coś o tym, że należało lepiej Go wychować, a wówczas nie dostałby się w ich ręce.
Zmuszono Maryję do odejścia, lecz nikt nie odważył się Jej ubliżyć. Jan chronił Maryję przed ewentualnym uderzeniem bezmyślnego tłumu. Kiedy wyszli spośród krzyczących na pobocze drogi, Maryja osunęła się zemdlona.
Na swojej drodze męki rozdzielasz Panie dary, jak piękne perły. Ci, którzy dotkną się krzyża, spojrzą na niego, stają się przemienieni. Czyż Szymon nie zaczął głębiej rozumieć Ciebie i Twój krzyż? Trzeba „wpaść w Twoją pułapkę miłości”, trzeba jej sobie życzyć, a nawet pragnąć. Tych „pułapek” jest tak wiele, jak wiele jest sytuacji w których czujemy się przymuszeni do czynienia dobra. Nie mogę uciec od wielu spraw, które postrzegam, jako stratę czasu, gdy tymczasem mogłem o wiele ciekawiej przeżyć chwile, które musiałem „zmarnować dla innych”.
Otwórz Panie moje oczy, że takich wydarzeniach, w których odczuwam, iż zmuszam siebie albo jestem zmuszony przez innych, dotykam Twojego krzyża, Ty jesteś najbliżej, moja droga życia spotyka się najgłębiej i najpełniej z Twoją drogą. Na niej pozwalasz patrzeć dalej, poza krzyż, poza to, co w danej chwili odczuwam jedynie, jako bezsensowną udrękę.
Często idziemy z tłumem, myśląc jak on, czując jak on, zachowując się, krzycząc, wymachując jak on. Nie chcemy się narażać, gdyż to łączy się z negatywną oceną tłumu, jego odrzuceniem, nieakceptacją. Bardzo zabiegamy o to, aby ludzie nas akceptowali, uznawali za swego.
Odwaga Weroniki sprawia spotkanie. Z tego spotkania wyłania się jej odkrycie oblicza umęczonego Jezusa. Chciała jedynie pomóc, ocierając pot, krew i oplucie pozostawione przez tych, którzy szli z tłumem. Wyjść z tłumu, aby spotkać umęczonego Pana. Nieważne, co ludzie powiedzą, jak zareagują. Najważniejszy jest On i ja. To pozostanie w sercu, najgłębiej.
Nie ma przy nim tych, których nakarmił. Nieobecni wszyscy uzdrowieni, wskrzeszeni z martwych. Opuchnięty, żałosny, budzący współczuje, pozostawiony samemu sobie. Czyż Jezus nie zapowiada w tej stacji tego, przez co i my przechodzimy w naszym życiu? Czyż nie płaczemy po cichu, kiedy przychodzi noc, niespokojni o kolejny dzień, o ludzi nam bliskich? Upadamy, grzeszmy. Odczuwamy wstręt do siebie, gardzimy sobą. Potem przychodzi spojrzenie na umęczonego pod krzyżem Jezusa i przypomnienie sobie, że On zawsze jest, choćby inni nas opuścili.
Wstajemy i idziemy. Życie to upadki i powstania. Nie skupiamy się przede wszystkim na tym, że boli, że jest ciężko, lecz na tym, że Pan jest blisko.
Wydawało się im, że życie ich rodzin w żaden sposób nie wpływa na cierpienia Pana. Tymczasem, Jezus niesie na sobie to wszystko, czego nie jesteśmy świadomi, albo nie chcemy wiedzieć, ponieważ wydaje się, że tak będzie łatwiej żyć. Czyż wielu nie mówi, iż w naszych czasach nie można żyć według Dekalogu? Czasy się zmieniają, więc Bóg powinien to uwzględnić.
Pójście za słowem Boga, posłuszeństwo Jezusowi, łączy się z pocieszeniem człowieka chroniącym go przed grzechem. Pozwalając na to, by Bóg pocieszał nas, nie dopuszczamy do Jego cierpień za nas. Jednym z wielkich grzechów, które popełniamy, jest nasza bezmyślność, brak refleksyjnego podejścia do tego, jak żyjemy. Ubolewanie nad cierpieniami Jezusa jest skutkiem braku refleksji, rozeznawania tego, jak żyjemy. Każde nasze postępowanie wprowadza na świat dobre lub złe skutki. To, co złe, niszczy nas. Jezus wchodzi w zło, skupia je na sobie, cierpi, a równocześnie przypomina, dlaczego tak jest.
Uwagi Jezusa skierowane do kobiet były niezwykle trafne, odkrywające prawdę o Jego cierpieniu. Czy cokolwiek zmieniły w postępowaniu synów tychże kobiet? Człowiek zmienia się powoli, również na lepsze. Prośmy Pana, aby Jego ból, umożliwił nam płacz nad sobą i grzechami naszymi.
Perfidne w tym wszystkim działanie szatana, który odnosi zwycięstwo w najniższych ludzkich instynktach. Pozwolono na wszystko, co im tylko przyjdzie do głowy, aby okazać, jak bardzo Jezus jest pośród nich niepożądany, niepotrzebnym, odrzucany, niechciany. Nie wiedzą, co mówią, co robią i po co to robią. Grzech odczłowiecza i najgłębiej pozbawia człowieka tego piękna, które jest w nim obrazem Boga. Patrzymy na Jezusa charczącego pod krzyżem. To już nie był oddech człowieka, lecz charczenie, duszenie się a równocześnie tęskne patrzenie w stronę Golgoty. Aby się podnieść i dojść tam, gdzie będzie mógł najpełniej wyrazić swoją miłość. Czy ludzie ją zrozumieją? Czy poznają miłość w upadkach i powstaniach swojego Boga?
Jak bardzo trzeba kochać, żeby chcieć upadać, godzić się na to całe zło. Jak wielką jest miłość Jezusa, żeby chcieć powstać z upadku i pójść dalej, słysząc wokół siebie wrzeszczących ludzi. To była godzina zła, panowanie ciemności, degradacja ludzkości nieświadomej tego, że jest w mocy demonów.
Odchodzi nagi, jak nagi przyszedł na Ziemię. Wszystko oddał, co otrzymał materialnego na tej Ziemi. Umiera dla świata, w tych stratach, a rodzi się dla Ojca. Golgota jest miejscem naszego przyobleczenia się w Chrystusa. On nagi, bezbronny, drżący, wyczerpany jest przede wszystkim kochany przez tych, którzy mają oczy, aby widzieć. Widzimy tego, który nas umiłował, który dla nas pozbawił się wszystkiego, co przedstawia wartość na tej Ziemi.
Jezus zajmuje cały krzyż. Pozwala, by straszliwe cierpienie przeniknęło całe Jego ciało. Jakby nie dość było ran przez biczowanie, koronowanie cierniem, upadki pod krzyżem, to jeszcze dłonie i nogi. Nie ma miejsca, które byłoby zdrowe. Patrząc z miłością i czułością na Ciało Jezusa uświadamiamy sobie, jak wygląda ludzkie serce i dusza, w którą grzechy uderzają jak ostre kolce i gwoździe i bicze zakończone ołowianymi kulkami z zagiętymi haczykami.
Zmasakrowane ciało. Jezus niepodobny do człowieka, mąż boleści. Usiłują Go unieruchomić na krzyżu. Czy można uczynić niewolnikiem Tego, który kocha, który jest samą Miłością i Wolnością? Mamy oczy, a nie widzimy, kogo krzyżujemy w drugim człowieku. Nie czujemy, że niszczymy, że chęć do życia odbieramy, uderzamy w uczucia, w dumę, w honor, w godność tak, żeby bardzo bolało. Nie przejmujemy się tym, czy człowiek się "pozbiera", co z nim będzie, czy ktoś pomoże mu "zejść z krzyża". Ranimy się nawzajem przez poniżanie, plotki, oszczerstwa, pomówienia, zazdrość, złośliwość, podejrzenia. Tle w nas jadu, nieustępliwości, pragnienia zemsty i zniszczenia. To wszystko bolało, gdy gwoździe przebijały skórę i łamały kości Jezusowych dłoni i stóp.
Krzyki faryzeuszów i uczonych w Piśmie i… milczenie Jezusa. Nie narzekał, nie groził, nie skarżył się. Z trudem oddycha. Sępy krążyły nad Golgotą, a ludzie nie przestawali złorzeczyć Chrystusowi. Tak wiele niepokoju było w sercu tych, którzy Go skazali. Kiedy Jezus umierał przez trzy godziny, zgromadzeni faryzeusze i uczeni w Piśmie nie szczędzili Mu szyderstw, obelg i pomówień. Nienawiść wprowadziła zamęt w ich myślenie i odczuwanie. Postawili na własną nieomylność. W klimacie bólu, niesprawiedliwości i ogromnej bezsilności dokonują się sprawy najważniejsze, które będą skutkowały na życie tych, którzy przyjdą na ten świat.
Na Golgotę, pod krzyż Pana, przyszli różni ludzie, różnymi intencjami prowadzeni. Są tacy jak Maryja, św. Jan i pobożne niewiasty. Przyszli, ponieważ Jezus jest ich życiem, pełnią, w której się odnajdują, mocą, której potrzebują. To nie jest ważne, że teraz bezradny, słaby, umierający. To jest Jego zwycięstwo, a tym samym tych, którzy odpłacają dobrem za zło, nie przechowując w sercu nienawiści. Są też na Golgocie osoby, które chciały dopilnować, aby Jezus naprawdę umarł. Manipulowane lękiem, nie będące w stanie uznać Jezusa za Syna Bożego, mające problem z właściwym odczytaniem znaków, które On czynił, nie będące w stanie przyjąć prawdy o tym, że są grobami pobielanymi po których ludzie bezwiednie przechodzą. Dwa „światy” na Golgocie: świat dobra, miłości, przebaczenia, przyjęcia Boga objawiającego się w słowach i cudach, które czyni i świat zła, nienawiści, strachu, dążący do użycia siły wobec tych, którzy inaczej myślą, inaczej czują i wierzą.
Niezwykłe jest to, że śmierć Jezusa jest zwycięstwem Boga i tych, którzy wierzą w imię Jego, którzy w Jego śmierć są zanurzani, aby życie mieli w całej pełni. Boimy się bólu, doświadczenia samotności umierania, odczucia opuszczenia przez wszystkich, którzy nas kochają. Jezus przeszedł tę drogę i staje się współtowarzyszem dla każdego, kto przechodzi z życia ziemskiego do nieba. Doświadczenie życia na Ziemi jest przeżywaniem tego, co można byłoby nazwać bez przesady czyśćcem a nawet piekłem. Tyle zła, manipulacji ludzkimi myślami i emocjami, nieustanne kuszenie do odejścia z drogi przebaczenia, życia w prawdzie, bycia uczciwym, wskazuje na to, że doświadczenie czyśćca i piekła już jest udziałem człowieka. Czyż może być większy ból, bardziej przerażająca potworność, zewsząd przenikające człowieka cierpienie, panowanie niesprawiedliwości, odnoszenie zwycięstwa przez tych, którzy są otuleni pychą i kłamstwem, jak płaszczem?
Przewodnikiem z Golgoty może być słowo Jezusa, jedno wśród wielu innych, PRAGNĘ. Zdążanie za pragnieniem Pana, jest drogą do nieba. Odczytywanie pragnień Jego serca i wypełnianie ich w Jego Imię, jest tym, co ochroni nas przed manipulacją złego ducha i tych ludzi, którzy jemu podporządkowali swoje życie.
Gestem, łzami, całą swoją postawą wyrażali swój ból i zatroskanie. Odgłos uderzeń młotka przy wybijaniu gwoździ, odbił się bolesnym echem w sercach wszystkich, którzy byli obecni przy ukrzyżowaniu, a najbardziej w sercu Najświętszej Panny i Magdaleny” (bł. A.K. Emmerich).
Zwłoki Jezusa położono na kolanach Maryi. Wpatrywała się z bliska w Jego rany, a ciało Jej było wstrząsane płaczem. Ból trzeba wypłakać. Niezbędne jest wyrażenie swojej miłości w takich chwilach przez łzy. Na Golgocie pozostali jedynie przyjaciele Jezusa. Oprawcy odeszli. Faryzeusze i uczeni w Piśmie jeszcze zabiegali u Piłata, aby Jezus został pochowany razem z dwoma łotrami we wspólnym grobie. Piłat jednak przychylił się do prośby Józefa z Arymatei, aby Jezus został pochowany w jego grobie.
Potworne jest to, że odeszli ci, którzy uznali, że ich robota zakończona. Przyjść, wykpić, znęcać się, rzucać przekleństwa, poniżać i odejść. Czy oni mieli serce? Czy karmiły ich matki? Czy Jezus skrzywdził ich w jakikolwiek sposób? Być może liczyli pieniądze, które zarobili, doprowadzając do śmierci Jezusa z Nazaretu. Czy można zagłuszyć, stłumić, zabić swoje uczucia, delikatność, wrażliwość na łzy innych ludzi, choćby inaczej wierzących, inaczej myślących? Okazuje się, że można. Czy piekło nie jest pośród nas i w nas, podobnie i czyściec?
Zachwyca mnie postawa kobiet i mężczyzn, którzy przygotowali zdjęcie Jezusa z Krzyża i całość ceremonii pogrzebowej. Kochali, więc mieli czas. Podobnie, jak za życia, tak i po Jego śmierci, dla nich liczył się tylko Jezus. Odważni Józef i Nikodem. Piękne i oddane kobiety, a przede wszystkim Najświętsza Maryja Panna. Cisza przerywana płaczem, czyimś stłumionym jękiem wyrażającym ból najgłębszy z możliwych, którego w żaden sposób nie można było wyciszyć. Nie ma narzekania, wypominania, planowania odwetu. Jest jedność i zrozumienie, że przebaczyć, oznacza zwyciężyć nad złym duchem i tymi, którzy pozwolili jemu opanować swoje serca.
Bł. A.K. Emmerich z wielką dokładnością opisuje w swoim widzeniu to, co miało miejsce na Golgocie przed złożeniem Jezusa w grobie. Maryja „gąbką i wilgotną chusteczką nawiniętą na palce prawej ręki, usuwała zaschłą krew z rany głowy, zapadłych oczu, z nosa i uszu, potem zaś, owinąwszy mokrą szmatką palec wskazujący, oczyściła wpółotwarte usta Jezusa, język, zęby i wargi. Umywszy skatowaną głowę Syna, Najświętsza Panna ucałowała policzki Jezusa i zakryła je chustą. Dalej obmyła szyję i barki, piersi i plecy, a dalej ramiona i porozdzierane, zakrwawione dłonie.
Teraz dopiero okazało się, jak strasznie umęczone było ciało Jezusa. Kości piersiowe i stawy poszczególnych członków wyszły ze swych naturalnych miejsc, wszystkie tkanki były porozciągane, przemieszczone i stężałe. Na barkach, które dźwigały ciężki krzyż, widać było ogromną, głęboką ranę; cała górna część ciała pokryta była sińcami, guzami i ranami, zadanymi zwłaszcza przy biczowaniu. Ogromna rana ziała w prawym boku, rozdartym szeroko włócznią, zaś na lewym widniała mała ranka, pochodząca także od włóczni, która przeszła na wylot przez całe ciało, przebijając na wylot Najświętsze Serce.
Namaściwszy wszystkie rany, Maryja owinęła głowę Jezusa specjalną chustą i zawiązała przytrzymujące ją opaski. Jednakże nie zasłoniła twarzy. Przymknęła na wpół otwarte oczy Jezusa, trzymając na nich przez chwilę swą rękę, zamknęła otwarte usta Pana, wreszcie objąwszy ramionami najdroższe ciało swojego Syna, z płaczem, upadła na Jego święte oblicze.
Nosze, na których niesiono ciało Jezusa do grobu, dźwigało czterech mężczyzn: z przodu Nikodem i Józef, z tyłu Abenadar (nawrócony setni rzymski, który powiedział po śmierci Jezus: „Prawdziwie, Ten był Synem Bożym”) i Jan (umiłowany uczeń). Za nimi postępowały Najświętsza Panna i starsza Jej siostra również Maria, Magdalena i Maria Kleofasowi, dalej znów gromadka niewiast. Pochód zamykali żołnierze. Idąc ku ogrodom Józefa śpiewali psalmy”.
AUTOR: ks. Józef Pierzchalski SAC
ŹRÓDŁO:
|
| Poprawiony: poniedziałek, 25 lutego 2013 09:31 |