| Nieść krzyż bliźniego |
|
| Wpisany przez Beata |
| piątek, 25 marca 2016 23:00 |
|
W trudnych i najtrudniejszych sytuacjach życia możemy liczyć jedynie na najbliższych naszemu sercu, którzy potrafią współczuć i współcierpieć z nami. Na drogach naszego życia spotykamy czasem ludzi, którzy obdarzają nas prawdziwą przyjaźnią i miłością, którzy pragną dla nas dobra. Nie zawsze umiemy odpowiedzieć miłością na miłość. Doświadczenia takich spotkań są utwierdzeniem nas w prawdzie, że więź międzyludzką buduje i cementuje tylko miłość, ona pozwala wytrwać w poczuciu sensu i każdą, nawet najtrudniejszą sytuację, doprowadzić do szczęśliwego końca. Spójrzmy najpierw na Matkę Jezusa. Ewangelia wspomina o trzech jej spotkaniach z Synem, trzecie spotkanie miało miejsce już po zdjęciu martwego ciała z krzyża. Jezus spotykając na krzyżowej drodze swoją umiłowaną Matkę pragnie nam powiedzieć: „Spójrzcie na nas, taka powinna być wasza miłość do każdego człowieka, spotykanego w życiu, a zwłaszcza do tych, którzy was obdarzają autentyczną miłością”.
Matka – to osoba najbliższa naszemu sercu, która zawsze wysłucha, przebaczy i zrozumie. Wiele razy bieg wydarzeń nie jest zgodny z naszymi planami, oczekiwaniami. Wtedy najlepiej przytulić się do matki, aby w niej znaleźć ukojenie oraz spokój. Bycie „matką” niech nie ogranicza się tylko do relacji rodzinnych. Tak wiele osób oczekuje od nas matczynej postawy, aby łatwiej odnaleźć się w tym pędzącym świecie. Ile osób potrafi prawdziwie współcierpieć z drugim człowiekiem?
Często na drogach życia spotykamy ludzi rozpaczających, płaczących, których świat zawalił się i nie widzą możliwości jego odbudowy, uważają, że dalej jest już tylko bezsens oraz łzy. Nie bardzo chcemy wsłuchać się w to, co mówi Jezus do płaczących niewiast, gdyż to, mimo upływu czasu, ciągle adresowane jest do nas. Odczytywanie Bożych znaków wymaga wysiłku. Jeśli nie poczujemy, nie odczujemy Jezusa w swoim sercu, wydaje nam się, że jest tak odległy, aż nieobecny. Trudno wtedy przyjąć prawdę, że On jest wśród nas teraz i na zawsze. Tak bywa, kiedy uczestniczymy we Mszy Świętej, albo, gdy uczestnicząc we Mszy Świętej zastanawiamy się jak może być w niej obecny Ktoś, kogo nie widać? Czyż nie chcemy czasem przejść z Jezusem przez życie, ale bez cierpienia, trudu, bez krzyża? Tylko, czy wtedy naprawdę pójdziemy z Nim? Przecież to Jezus i krzyż nadają prawdziwy sens życiu chrześcijanina. W Liście do Galatów święty Paweł woła: „Co zaś do mnie, niech mnie Bóg uchowa, abym się miał chlubić, z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, przez którego świat jest dla mnie ukrzyżowany, a ja dla świata” (Ga 6,14). Rozważając VI stację Drogi Krzyżowej warto przyjrzeć się postaci świętej Weroniki. Ile w niej było miłosierdzia i jak mocno musiała ona kochać Jezusa, skoro bez względu na wszystko potrafiła przedrzeć się przez rozwścieczony tłum ludzi, aby przetrzeć Mu twarz. Kogo widziała w Jezusie? Odpowiedź jest prosta. Zalanego potem i krwią, posiniaczonego, człowieka… Dlaczego z taką czułością otarła Jego twarz? Szalona, nadwrażliwa? W Jerozolimie tyle okrutnych scen widziała, więc skąd te odruchy litości, czy współczucia? Weronika musiała przez życie chodzić drogami uczynków miłosierdzia i dlatego jedna z jej dróg pewnego dnia przecięła się z krzyżową drogą Jezusa.
Miłosierdzie jest zawsze bezinteresowne i najbardziej upodabnia nas do Boga. Za jeden miłosierny czyn Bóg odpłaca stokrotnie. Tak też było z odważną Weroniką, bo aby być miłosiernym, trzeba mieć dość odwagi. Za ten jeden gest Jezus obdarował Weronikę tak hojnie, że owoce tego aktu miłości jerozolimskiej niewiasty do dzisiaj nam służą, jako owoce łaski i zbawienia. Patrząc na ten gest Weroniki zadajmy sobie pytanie: „Czy jestem człowiekiem miłosiernym? Czy potrafię czynić jego uczynki i nie wstydzę się ich?” Powinniśmy uświadomić sobie, że miłosierdzie nie jest czymś na pokaz, lecz musi wypływać prosto z serca. Weronika uczy nas też jednej bardzo trudnej rzeczy – mamy w każdym człowieku widzieć Chrystusa i pamiętać, że wszyscy ludzie zasługują na miłosierdzie.
Czasami w życiu nie mamy wyboru, jesteśmy zmuszeni do czegoś, okoliczności nas zmuszają. Tak też było z Szymonem Cyrenejczykiem. Nie chciał, lecz przymuszony przez żołnierzy nie miał wielkiego wyboru. Podobnie jak my wszyscy, nie miał czasu, był zmęczony po pracy, spieszył się do domu. Nagle na jego drodze pojawił się krzyż i Ten dziwny człowiek. Był za bardzo zajęty trudami codziennego życia, aby przysłuchiwać się Jego nauczaniu w świątyni. Nigdy się nie interesował Jezusem, ani głoszonymi przez Niego naukami. Wcale nie miał ochoty Go poznać. Nieoczekiwanie zostaje włączony w inną drogę, której ani nie szukał ani nie pragnął. Potem okazało się, że w ten sposób odnalazł swoją prawdziwą drogę – wędrowania z Bogiem i pomagania Mu w niesieniu krzyża zbawienia. Dzięki krzyżowi odkrył Jezusa. Gdy dotarł z Jego krzyżem na Kalwarię, nie był już tym samym Szymonem, odkrył, że jest innym człowiekiem.
Ilu z nas doświadczyło Bożej ingerencji w swoje życie, chociaż tego nie oczekiwało, nie pragnęło? Chcemy żyć według swojego własnego planu na życie, nie uwzględniamy jednak Chrystusa w nim. Tak, więc wśród postaci Drogi Krzyżowej znajdziemy szereg prawd i pytań o nas samych. Nasza osobista droga krzyżowa trwa do końca życia. Potem będziemy sądzeni z miłości i uczynków miłosierdzia.
autor: Beata Fabiś
|