Wielkość kapłaństwa widziana oczyma św. Jana Marii Vianney’a PDF Drukuj Email
Wpisany przez TOMASZ32-VAD   
czwartek, 12 czerwca 2014 13:26

1. Postać świętego Proboszcza z Ars, księdza Jana Marii Vianney’a, nie jest wydobyta – jeśli takiego porównania można użyć – na światło dzienne dopiero teraz, stanowiąc, z racji przypadającej w tym roku 150 rocznicy śmierci tego świętego (4 sierpnia), okazję do ogłoszenia i przeżywania Roku Kapłańskiego. Dość obszernie odniósł się do tej postaci Jan Paweł II w swoim Liście do Kapłanów na Wielki Czwartek roku 1986-ego, a sięgając jeszcze wstecz: bł. Jan XXIII, poświęcając Świętemu z Ars encyklikę, wydaną 50 lat temu.

 

Wydaje się jednak, że specyficzna świętość naszego Patrona, wyrażana surowością dla siebie, wielkim ubóstwem, bezkompromisowością, itp., na tyle kontrastuje z tzw. dzisiejszymi czasami, że jakby się o nim nie pamięta. Ktoś mógłby nawet powiedzieć, że on nie pasuje do naszych czasów. Ale wtedy też trzeba by chyba powiedzieć, że tym gorzej dla naszych czasów, ich kondycji. To by oznaczało – i może tak jest – że nasze czasy nie pasują, to znaczy, nie są dopasowane do Boga.

 

 

W tym kontekście chcę przywołać wypowiedź Jana Pawła II, ze wspomnianego tu wcześniej listu: „Postać Proboszcza z Ars zaiste nie przedawnia się!”. I to jest dla nas jakąś świetlistą wskazówką, która pozwala ewangelicznie odrzucić współczesną mentalność, a otworzyć się z ufnością na łaskę wiary, aby – niejako przez Świętego – zobaczyć Boga, który chce nam dzisiaj coś powiedzieć. Jan Paweł II w innym miejscu tego dokumentu stwierdza, że św. Jan Maria Vianney jest, właśnie w dzisiejszych czasach, wymowną odpowiedzią na to wszystko, co wiąże się z kwestionowaniem tożsamości kapłańskiej. Pisze o próbach zeświecczenia kapłana w Kościele i przedstawia tę tendencję jako wysoce niepokojącą. Ukazuje Świętego jako świadka innego życia niż tylko ziemskie.

 

 

Pozwolę sobie na podsumowanie tych papieskich uwag w jednozdaniowej, prostej refleksji: Proboszcz z Ars po prostu sprowadza niebo na ziemię i dlatego jego życie jest tak bardzo wymowne, inne, ale i pociągające. Dlatego potrzebujemy wpatrywać się w niego, by i w nas niebo się budziło i pozwalało przemieniać tę ziemię.

 

 

Tu przypomina mi się przeczytana kiedyś historia dotycząca Świętego. Wysłano kiedyś z Paryża do Ars dziennikarza, aby ten zdemaskował wiejskiego proboszcza: szarlatana i prostaka, i pozwolił wyzwolić się ociemniałemu ludowi. Pojechał tam dziennikarz, taki ateista „z krwi i kości”. Po paru dniach wraca do redakcji i nic nie mówi; widać, że jest jakiś odmieniony, zmieszany. Koledzy pytają się go z uśmieszkiem o Vianney’a, ale ten ucina krótko rozmowę: „Milczcie. Zobaczyłem tam Boga”. Taka była siła Świętego, który zresztą za nic nie chciał słyszeć o swojej świętości.

 

 

2. Chciałbym tę konferencję poświęcić wielkości kapłaństwa, tak jak to widział Święty Proboszcz. O tej wielkości dużo i chętnie mówił. Pierwsze co mi się narzuca, gdy czytałem różne myśli Świętego na ten temat, to wielkie zdumienie, jakie wyraża Vianney dla samego kapłaństwa jako takiego, bycia w ogóle kapłanem. Święty Jan Maria mówił: „O, kapłan to coś wielkiego! Gdyby samego siebie pojął, skonałby…”. W innym miejscu: „Kapłan pojmie siebie dobrze dopiero w niebie”. A także: „Ten sakrament wynosi człowieka do Boga”. Zauważmy: jest to świadomość otrzymania wraz ze święceniami takiego daru, którego wprost nie da się wyrazić. Jest w tym oczywiście wielkie zdziwienie, poniekąd przerażenie – wziąwszy pod uwagę wielkość daru i odpowiedzialność jaką trzeba udźwignąć, ale i nieogarniona radość, kogoś kto wie, że nie mógł już więcej dostać, że otrzymał ponad miarę, w zupełnie niezasłużony sposób.

 

 

Myślę, że ta pierwsza refleksja jest nam bardzo potrzebna, abyśmy na nowo rozmiłowali się w naszym kapłaństwie. Cóż bowiem człowiek mógł otrzymać większego na ziemi? Taka wdzięczna, umiejętnie podsycana pamięć, sądzę, że jest najlepszym lekarstwem na różne pokusy, słabości, myśli, które podpowiadałyby, że gdzie indziej jest lepiej. W samym kapłaństwie jest umieszczony dar, który – jeśli się go będzie kontemplować – obudzi poryw serca, odnowić może to, co wydaje się umierające, albo po prostu zwykłe. Może ktoś przyzwyczaił się do tego, że jest księdzem i uważa, że to jest takie normalne; albo jest tym nawet trochę znudzony. Tymczasem fakt bycia kapłanem nigdy nie pozwala na obojętność, nudę, zwyczajność. Byłoby przecież czymś dziwnym, gdybyśmy widzieli na przykład smutnego właściciela jakiejś najnowszej wersji mercedesa, który marzycielsko rozgląda się za starymi wrotkami. A kapłan, przez swoje tylko kapłaństwo, ma przecież dużo więcej, niż jakikolwiek właściciel czegokolwiek.

 

 

Przypomina mi się przy okazji wypowiedź Jana Pawła II, jakże wielce wymowna i pociągająca swym pięknem. Ktoś zapytał kiedyś Ojca Świętego o to, co uważa, że jest jego największym szczęściem, co mu się niejako najlepiej udało w życiu. A Papież powiedział mniej więcej tak: „To, że zostałem księdzem”. Nie mówił o swojej roli i funkcjach. Mówił o tożsamości. I ta tożsamość wystarcza dla odnajdywania szczęścia.

 

 

3. Idźmy dalej. Dlaczego kapłan jest kimś tak wyjątkowym dla Vianney’a? Mówił: „Po Bogu kapłan jest wszystkim”. Co przez to rozumiał? Posłuchajmy: „Kapłan jest człowiekiem, który zastępuje Boga, człowiekiem, któremu Bóg nadał wszelką swą władzę”. A do innych: „Gdybyśmy mieli wiarę, widzielibyśmy w kapłanie ukrytego Boga, jak światło przez szybę”.

 

 

Przywołajmy z pamięci obraz, gdy całowane są ręce kapłańskie. Każdy z tu obecnych wystarczy, że wspomni siebie. Czyż to nie znak, w którym ziemia odgaduje, gdzie jest niebo i oddaje mu cześć? I nie ma tu nic z przesady i wyniosłości. Całowany jest Bóg – tu ukryty.

 

 

Święty Vianney uzasadnia wielkość i tym samym niezastępowalność kapłana, jego funkcją – można by tak nazwać – rodzicielską w stosunku do człowieka, ale i w stosunku do samego Boga. „Kto umieścił Go bowiem w tabernakulum?”, pyta się i odpowiada zwięźle: „Kapłan”. Pyta się dalej: „Kto przyjął naszą duszę, gdy przyszliśmy na świat? Kapłan. Kto ją przygotowuje do stawienia się przed Bogiem, obmywając ją po raz ostatni we krwi Jezusa Chrystusa? Kapłan, wciąż kapłan. A jeśli ta dusza zamiera, kto ją wskrzesza, przywraca jej spokój, obdarza pokojem? Znowu kapłan”.

 

 

Święty Proboszcz znany był ze swej miłości do świętej Filomeny i jej chętnie przypisywał cuda, które zdarzały się w Ars. Dlatego ktoś kiedyś powiedział do niego: „A zatem, święta Filomena posłuszna jest Proboszczowi z Ars?” I usłyszał taką odpowiedź: „Oczywiście, że może mu być posłuszna, ponieważ jest mu posłuszny Bóg”. Tę samą myśl powtórzy, gdy przyjdzie mu opowiadać o cudzie Mszy św., sprawowanej przez kapłana: „Bóg jest mu posłuszny: [kapłan] mówi dwa słowa, a Pan nasz zstępuje z nieba na jego wezwanie i zamyka siebie w maleńkiej hostii”.

 

 

Kiedy czytam te „zdumienia”, nieodparcie otwiera się w pamięci „Dzienniczek” św. Faustyny, która zapisuje wstrząsające wyznanie Chrystusa: „Posłuszny byłem rodzicom, posłuszny katom, posłuszny jestem kapłanom” (nr 535). To zestawienie i następstwo: katom, a po nich kapłanom – czy jest tylko prostym wyliczeniem, czy wyraża jeszcze coś więcej?Zobaczenie wielkości kapłana przez Proboszcza z Ars doprowadza go do takiej konkluzji: „Spotykając kapłana i anioła, kapłana pozdrowiłbym jako pierwszego. Anioł jest przyjacielem Boga, lecz kapłan Go zastępuje”.

 

 

4. Biorąc to wszystko, co dotychczas zostało powiedziane, rodzi się pytanie, jak na tę wielkość kapłan ma odpowiadać, reagować. Mogłaby przecież przyjść jakaś ochota na pyszną dumę. Nasz Święty na różne sposoby próbuje wyrazić wdzięczność i ciągłe zdumienie, że Bóg jest tak bardzo hojny. Wszelka zatem cześć i uwielbienie, z powodu wielkości kapłaństwa, nie znajduje ujścia w samym kapłanie, ale jedynie w Bogu, autorze tak wyjątkowych dzieł. Dlatego mówi: „Jaki to zaszczyt wyświadczony stworzeniu!”.

 

 

A co w nas z kolei rodzi się ze wspomnianego poprzednio posłuszeństwa Bogu kapłanowi? Czyż nie odsłania się przez to tym bardziej pokora i totalne oddanie się Boga, które przekraczają każdą rozsądną wielkość? To powinno rzucać w zachwycie na kolana. Jeśli jest inaczej, istnieje groźba wypaczenia kapłaństwa. Istnieje groźba przejścia obok wielkiego skarbu, z którego się nigdy nie skorzysta, choć przechodzący ma do niego klucz.

 

 

Dlatego Święty Proboszcz lamentuje: „Jakie to nieszczęsne – kapłan pozbawiony duchowości!” I dalej dopowiada, jakby podając receptę na wyleczenie: „Lecz ona wymaga wyciszenia, milczenia, rekolekcji”. Nasz Święty nie podaje jakichś wymyślnych teorii i środków, ale to wszystko, co my znamy, co zdawałoby się jest takie proste, oczywiste. „To, co nam, kapłanom – mówi Vianney – przeszkadza zostać świętymi, to brak rozważań. Nie zastanawiamy się nad sobą, nie wiemy, co robimy. Trzeba nam rozważań, modlitwy, zjednoczenia z Bogiem!”.

 

 

Cytując te słowa, tak sobie myślę, że paradoks naszej wiary, tak w ogólności, polega na tym, że Bóg jest z nami tak blisko, że Go właśnie przez to nie zauważamy, nie dopuszczając jakby do siebie, że może być w tym wszystkim, co jest tak bardzo zwyczajne. To tak jak z Dzieciątkiem Jezus, które wydaje się przecież takie zwyczajne.

 

 

5. Gdzie Święty Jan Maria Vianney proponuje szukać sił, mądrości, tego wszystkiego, co będzie stałym źródłem odnowy kapłańskiej, kapłańskiej żywotności, świeżości i wzrastania? Odpowiedź jest następująca: Msza. Mając świadomość niezwykłej odpowiedzialności życia kapłańskiego i doświadczając jego trudów, Proboszcz mówi: „Kapłaństwo jest tak ciężkim brzemieniem, że gdyby kapłan nie miał pocieszenia i szczęścia pochodzącego z celebrowania mszy świętej, nie zdołałby go znieść”.

 

 

Pomyślmy tu zatem wspólnie: czy nie potrzeba nam obudzić w sobie, albo powrócić, ożywić na nowo głębokiej adoracji samej mszy świętej? Jej słów, gestów, przestrzeni. Kontemplacji każdego szczególiku, który otwiera ciągle to dalsze horyzonty, które zapraszają, pobudzają pragnienie i jednocześnie je zaspokajają.

 

 

Święty Vianney nie poprzestaje w swojej refleksji eucharystycznej tylko na poziomie zachwytu, ale tłumaczy fakt niezastępowalności Mszy jakimkolwiek darem i bogactwem. „Wszystkie dobre uczynki razem wzięte – mówi – nie zrównoważą ofiary mszy, gdyż są dziełem ludzi, a msza święta jest dziełem Boga. Męczeństwo też nie wytrzymuje porównania: jest to ofiara, która składa człowiek Bogu ze swego życia; a msza jest ofiarą, którą Bóg składa człowiekowi ze swego Ciała i ze swojej Krwi”.

 

 

Pomyślmy w tym kontekście, kimże jesteśmy, skoro nie tylko uczestniczymy we mszy, ale przecież stajemy się jej wykonawcami. A skoro tu zatem jest coś największego, to jakże nie traktować wydarzenia mszy jako najlepszego, najpożywniejszego źródła dla kapłana, jego tożsamości, mądrości, sił i szczęścia. Dlatego nasz Patron dnia dzisiejszego mówił z głębokim przekonaniem: „Przyczyną upadku kapłana jest brak skupienia podczas Mszy św.!”.

 

6. Ostatnia uwaga dotycząca postrzegania kapłaństwa u św. Jan Maria Vianney niech będzie związana z miłością do braci i sióstr. Jeśli bowiem punktem wyjścia jest miłość do Boga, to konsekwencją jest odniesienie kapłana do człowieka. Miłość do Boga każe przecież się Go pytać, czego On chce, a odpowiedź może być tylko jedna: zbawienia grzeszników. To staje się stałym motywem życia, pracy i cierpienia: z miłości do Boga – przyczyniać się do nawrócenia ludzi. Święty mówi: „Kapłan nie jest kapłanem dla siebie”. Proboszcza z Ars spala pragnienie zdobywania dusz. Dla nich czyni pokutę, umartwienia, walczy z szatanem. Do zniechęconego współbrata, który nie widział owoców nawrócenia w swojej parafii, mówił: „Modliłeś się, jęczałeś w bólu, ale czy pościłeś, czy trwałeś na czuwaniu?”

 

 

Ta postawa Świętego uzmysławia nam, jak bardzo wiele zależy od osobistego zaangażowania kapłana w dzieło, w które został wtajemniczony. Powiedzieliśmy przecież o niebywałej wartości, samej w sobie, sakramentu Eucharystii. Ale prawdą też jest, jak bardzo wiele zależy od osobistego uświęcenia, aby okazała się z tym większą siłą moc Boga także dla innych. Jan Maria Vianney chciał jakby wydrzeć łaskę Bogu nawrócenia dla grzeszników i dlatego chętnie czynił ofiary i wynagradzał. Czuł, że w tych aktach jest jego miejsce, powołanie, tożsamość. Czyż nie jest to odtwarzanie Chrystusa na krzyżu? Zachować cierpliwość, łagodność, pokój, ufność, zapał, słowem miłość, wszędzie tam, gdzie po ludzku jest trudno, albo to „po ludzku” po prostu wydaje się niemożliwe. Ale jednocześnie: okazuje się, ile przestrzeni kryje w sobie codzienność, które są Bożą, Ojcowską łaską dla okazania postawy Syna: choroba, wszelkie ograniczenia, starość, uciążliwi ludzie, niepowodzenia, utrata, trudne propozycje, itd., itd.

 

 

„Jeśli Bóg jest z nami – któż przeciwko nam?” możemy zakrzyknąć. A Święty Proboszcz słodko-gorzko dopowie: „Nasze szczęście jest zbyt wielkie!...Zrozumiemy je dopiero w niebie: jaka szkoda!!!”

 

 

 

AUTOR: ks. Wojciech Rebeta, Lublin

 

 

ŹRÓDŁO: